środa, 26 lipca 2017

Bitwa pod Nachodem w ujęciu Marcina Suchackiego

Jakiś czas temu miałem przyjemność otrzymać w prezencie od Marcina Suchackiego, Który to jest z dawana moim serdecznym kolegą, najnowszą książkę, jaką opublikował w bieżącym roku. Pozycja pod tytułem ,,Od Nachodu do Wersalu 1866–1871" to niewielka objętościowo kontynuacja wątków poruszonych w poprzedniej pracy Autora nt. nieznanych kart niemieckich wojen zjednoczeniowych. Obiecałem recenzję, ale wskutek notorycznego braku czasu (i weny!) odłożyłem tę lekturę na później. Wczoraj zdołałem wygospodarować chwilę na przeczytanie jej pierwszego rozdziału, bo nawet nie tej całej, liczącej 70 stron książeczki. Zważywszy, że konstrukcja pracy czyni z niej de facto zbiór opowiadań, jej układ pozwala na wyrywkowe wybieranie rozdziałów bez szkody dla zrozumienia całości, toteż ja zająłem się I rozdziałem poświęconym nieznanym epizodom bitwy Nachodzkiej z 27 czerwca 1866 r. Może to zaskakiwać, bowiem ci którzy mnie znają, wiedzą, że o wojnie siedmiotygodniowej jestem dużo tępszego pojęcia niż na temat późniejszego konfliktu z Francją, tym niemniej pozwala to spojrzeć na zagadnienie z ,,dalszej" perspektywy (w cudzysłowie, gdyż do tytułowego pola bitwy geograficznie nie mam daleko).

Pierwszą uwagę poczynię nt. szaty graficznej. Otóż książka, jak na ramy Infortowej serii Pola Bitew, maluje się w dość szarej i stonowanej kolorystyce, bowiem całość prezentowanej w niej ikonografii jest czarno-biała. Uważam to za błąd, ponieważ jednym z założeń owego cyklu wydawniczego, którego kilkanaście tomików posiadam na półkach, było założenie, że ma być to nasz krajowy odpowiednik Osprey'a. Zamieszczonym reprodukcjom nie da się oczywiście odmówić ujęcia w bardzo wysokiej jakości formacie i rozdzielczości (obecnie coraz rzadsza niestety praktyka polskich wydawców), tym niemniej przydałoby się trochę kolorów (wszak to wiek XIX). Piszę o tym dlatego, że do tej pory z lubością wpatruję się w mapy zdobiące ,,Kampanię letnią na froncie rumuńskim 1917" Andrzeja Dubickiego. Pamiętam jak długo na ukazanie się tego ostatniego zeszytu trzeba było czekać, lecz kiedy się wreszcie pojawił, zrobił na mniej bardzo duże wrażenie. Co do map, są one profesjonalne i przejrzyste, choć brak im pewnego klimatu. Widać tu przede wszystkim robotę komputera, a nie topografa, a i zastosowanie natowskiego systemu prostokątów utwierdza mnie w tej opinii.

Rzeczną, na jaką pierwszą zwróciłem uwagę, jest sugerowanie w książce rzekomej ,,niemieckości" ziem nadreńskich. Wątpliwe, czy przywoływany Luksemburg był krajem niemieckim, skoro jego władczyni rodem ze Zgorzelca, praprawnuczka Kazimierza Wielkiego, legalnie przekazała owo księstwo Burgundii, a zresztą mogło i ono przynależeć przejściowo do Polski, gdyby zrealizowano zamiar ożenienia Jagiełły ze wspomnianą księżną Elżbietą. Region ten został zresztą wyzwolony w czasie wojen rewolucyjnych w latach 90. XVIII w. W tym większym stopniu Alzacja i Lotaryngia nie miały żadnej ,,germańskiej macierzy". Autor bezrefleksyjnie powtórzył tu manipulacje niemieckiej historiografii.

Jak się rzekło, konstrukcyjnie komentowany rozdział tworzy materiał historyczny poddany w zbeletryzowanej formie, w której forumowy Stonewall mógł rozwinąć skrzydła i nadać tekstowi kształt zgodny z jego specyficznym temperamentem pisarskim. Tutaj należy się zatrzymać i dodać, co sądzę na temat tego rodzaju maniery stylistycznej, bowiem trudno w takim wypadku mówić o mojej indyferencji. Odczucia mam ambiwalentne: gdybym czytał ten sam tekst w dzieciństwie czy we wczesnej młodości, byłbym jednoznacznie zachwycony. Wiem, bo podobne partie tekstu często się zdarzały w tomikach mojej niegdyś ulubionej serii Bitwy–Kampanie–Dowódcy; w ogóle w tych bardziej popularnych pozycjach Wydawnictwa MON w okresie PRL często się pisało właśnie w zbliżonym stylu. Tyle tylko że Autor ,,Od Nachodu do Wersalu" poszedł w tej formie ekspresji o wiele dalej niż np. mistrz narracji historycznowojskowej, zajmujący się także XIX stuleciem, prof. Wiesław Majewski. I tak jak zapalałem się niczym przed wielu laty, gdy czytałem fragmenty o ,,szarych płaszczach skrywających chabrowe uniformy pruskich dragonów" albo też dialog wykładowcy akademii sztabowej z dowódcą liniowym, tak też odczułem przesyt lekturą, kiedy musiałem czytać w książce niecenzuralne słowa o ,,wsadzaniu bagnetów w dupę" itp., tym bardziej że przecież Suchacki sobie te dialogi wymyślał, a nie cytował ze źródeł. W tym aspekcie, choć – dajmy na to – wzmianka o wcielonym do szeregów górniku z Wieliczki i zarazem uczestniku powstania krakowskiego, jest niezła, to już przepraszam bardzo, ale co kogo obchodzi, że żona brygadiera X pochodziła z Anglii i tańczyła z nim na balu we Wiedniu? Mnie interesuje wojskowość, a nie romanse! Przez takie zabiegi szkodzi się płynności toku narracji, bo w niewielkiej formie literackiej poruszonych zostaje za dużo wątków, i to nierzadko na przestrzeni pojedynczego akapitu, przez co odnosi się wrażenie żonglerki kolejnymi nazwiskami, w której czasem ciężko się zorientować.

Z tym ostatnim problemem wiąże się ściśle znana maniera Autora do wyszukiwania synonimów ,,za wszelką cenę". Sama w sobie taka praktyka powinna zasługiwać na pochwałę, zwłaszcza w dzisiejszych czasach masowego beztalencia naszych historyków i publicystów w tej mierze (vide moja recenzja jednej z książek Zychowicza, zamieszczona na łamach niniejszej witryny), lecz tutaj mamy niepotrzebnie komplikujące potoczystość stosowanie tego ,,par force". O ile by to się tyczyło tylko samego stylu, dałoby się przejść nad tym do porządku dziennego, kiedy jednak Suchacki poświęca (albo wynika to raczej po prostu z niewiedzy w tej mierze), poprawność terminologii wojskowej na ołtarzu imponowania sprawnym piórem, nie sposób nie zaprotestować. Co to bowiem znaczy ,,komendant pułku"? Nie ma i nigdy nie było w polskim języku militarnym takiego dziwolążnego neologizmu składniowego; już lepiej napisać ,,regimentarz". Podobnie nie wiem jaki ma sens używanie słowa ,,patronasz" tylko po to, by w przypisie wyjaśnić, że to to samo, co ,,ładownica" (takoż i słówko o dalekim rodowodzie). Jako że w tym wypadku chodzi o armie niemieckie, należałoby się zastanowić, czy nie lepsze byłoby zastosowanie germańskiej formy wcześniejszej, czyli ,,patrontasz". W książce są i rażące tautologie, jak ,,szarża konna". Kłują również w oczy pełne nazwy regimentów zapisywane niepoprawnie od małej litery.

Na koniec tej części uwag, jeszcze jedno cierpkie spostrzeżenie. Marcin Suchacki bynajmniej nie unika w swych publikacjach odwołań do bieżącej polityki, w tym zwłaszcza swej awersji wobec dzisiejszej Rosji. Jego prawo. W poprzedniej książce, mnożąc własne refleksje związane z podróżą do Włoch na pole bitew pod Custozą, wraz z towarzyszącym Mu Jackiem Widorem, również konserwatystą, a poza tym wybitnym rysownikiem i człowiekiem o imponującej swą rozległością wiedzy historycznej, snuli obaj rozważania na temat zagrożenia ze strony South Stream i o mijanych w Austrii stacjach Łukoila. Nie widzę w tych wzmiankach nic zdrożnego, tyle tylko, iż w omawianym przeze mnie w niniejszym tekście rozdziale, tak eksponujący polskość ,,Stonewall", pisze na stronie 10 bez żadnej potrzeby o... ,,żółtych pagonach".

Kolejny rażący mnie aspekt ,,Od Nachodu do Wersalu" to niepodawanie dat śmierci poszczególnych postaci w podpisach pod przedstawiających je ilustracjami, podczas gdy informacja o roku narodzin zwykle jest zamieszczona. Następna sprawa, do jakiej chciałbym się krytycznie odnieść, są przypisy. Szczerze, niezbyt dobre wrażenie robią na mnie książki, w których każda pojawiająca się, nawet powszechnie znana, a w danej publikacji jedynie wspominana osobistość, ma swój własny przypis. Celują w takiej praktyce zwłaszcza nasi profesorowie Klimecki i Smoliński. Niestety, Marcin Suchacki wpisał się w tę przykrą manierę, opatrując odnośnikami nawet takie kwestie, jak to, że Król Słońce to w rzeczywistości Ludwik XIV, a Fortuna była rzymską boginią losu. Ani trochę nie pomaga to w lekturze, a jeśli już Autor chciał uzyskać większą liczbę przypisów, to zdecydowanie wolałbym, by były to częstsze odwołania źródłowe. Równie dobrze można by ich liczbę bez żadnej szkody ograniczyć o połowę. Część z odnośników skonstruowano zresztą niepoprawnie, ponieważ w przypadku odwołania do ,,Gettysburga" Swobody nie podano daty wydania. Warto przypomnieć, że ta kultowa pozycja doczekała się kilku wydań (ostatnie, najlepsze w wykonaniu Attyki), różniących się dość mocno od siebie. Jak na jeden rozdział, trafiło się też dość sporo literówek, co zdumiewa.

Przechodząc wreszcie do faktografii. Zastanawia mnie jaki zasób wiedzy mógł mieć pruski wykładowca akademii wojskowej na temat przytaczanych w opowiadaniu Autora szczegółów opóźnia przez kawalerię Buforda wojsk konfederackich w trakcie kampanii pensylwańskiej, skoro w ówczesnej niemieckiej teorii wojskowej doświadczenia amerykańskiej wojny secesyjnej były w przeważającej mierze deprecjonowane. Nie neguję rzecz jasna, iż tego rodzaju dialog mógł mieć rzeczywiście miejsce, tyle tylko, że byłbym kontent, gdyby mój kolega raczył poinformować czytelnika na temat historycznej podstawy rekonstrukcji takiego dialogu.

Wszystko co powyżej napisałem, stanowi uwagi człowieka uważającego, że realna wartość recenzji, a także szacunek wobec wysiłku badacza, powinno się oddawać przede wszystkim w formie opisu rzeczywistych wrażeń z lektury i jej krytyki, nie zaś wyuczonych formułek, polecających (albo i nie) dany tytuł i ograniczających się do wyświechtanych zwrotów. Wyrażam przekonanie, iż nawet te pochwalne w odniesieniu do lekkiego stylu, nie usatysfakcjonowałyby dostatecznie Autora w tym sensie, że nie wywołałyby u niego podniecenia adekwatnego wobec niewątpliwego wysiłku, włożonego w stworzenie wartościowej pracy. Nie czując się specjalistą od wojny siedmiotygodniowej, postanowiłem zwrócić swą uwagę na płaszczyznę raczej formy niż treści. Jest to bowiem przecież suma summarum bardzo dobra książka, plastycznie rekonstruująca batalię pod Nachodem. Na uwagę zasługuje przede wszystkim fakt, że Autor, chociaż znana mu jest anglosaska historiografia przedmiotu, ma na tyle silną własną koncepcję pracy i dostateczny ogrom wiedzy, by nie musieć się do niej bez przerwy odnosić. W dzisiejszych raczej nędznych realiach polskiego piśmiennictwa historycznowojskowego stanowi to niezwykle chlubny wyjątek. I w ogóle o wartości rzeczonej książki in plus decyduje przede wszystkim, wzbudzająca szacunek każdego, kto otarł się o pisanie jakiejkolwiek monografii, ogromna erudycja Marcina Suchackiego i Jego dogłębna znajomość najrozmaitszej proweniencji źródeł. I tak, Autor wie co pisano latem 1866 r. na łamach krakowskiego ,,Czasu", analizował niemieckojęzyczne monografie pułkowe i batalionowe, zna sztabowe historie oficjalne ówczesnego konfliktu zbrojnego, przetłumaczone na angielski dzienniki arcyksięcia Fryderyka Wilhelma, nie myli składu narodowościowego poszczególnych oddziałów (czego często, zbyt często nie zauważają dzisiejsze zachodnie gwiazdeczki), a także absolutne szczegóły personaliów nawet szarych szeregowców i podoficerów. I może żywe przypomnienie losów tych ostatnich jest najwyższą wartością recenzowanej pracy.



wtorek, 18 kwietnia 2017

Chrzest Polski

Podczas gdy słyszę obecnie, że władze państwowe i lokalne zaczynają się ,,poważnie przygotowywać" na setną rocznicę odzyskania niepodległości i nie wiem czy się z takiego podejścia śmiać czy płakać (amerykańskie grupy rekonstrukcyjne już wiedzą, co będą robić w 2029 r.), bo skończy się to, jak wszelkie uroczystości narodowe w III RP, kichą, pamięcią powracam do zeszłorocznych ,,hucznych obchodów 1050. rocznicy chrztu". PiS z episkopatem, w przeciwieństwie do PZPR w 1966 r., nie zorganizowały wówczas niczego ciekawego, warto jednak wiedzieć, jak wyglądałyby tamte uroczystości, gdyby wybory prezydenckie wygrał hrabia Bul z Budy Ruskiej. Przytoczmy jego hipotetyczne przemówienie na tę okazję i znaczenie międzynarodowe, jakie nadano by ówczesnemu jubileuszowi:


Szanowny trzeci zastępco ambasadora Niemiec, czcigodny przedstawicielu pionu technicznego ambasady Federacji Rosyjskiej, pani premier, panie i panowie ministrowie, panie i panowie biskupi, przepraszam, panowie biskupi.

Spotykamy się tutaj z powodu ważnej rocznicy, a jaka to rocznica, wszyscy doskonale wiemy. Wspominamy tamten czas z uśmiechem, wzruszeniem i pobłażliwością, z jaką z reguły myśli się o naszych młodych latach. A były to młode lata tego kraju. Lata, gdy po raz pierwszy staliśmy się częścią wielkiej, europejskiej rodziny, tego pięknego projektu, jakim była, jest i będzie tysiącletnia Unia. Jak dziś widzimy, ponad tysiącletnia.

Chrzest. Słowo, które budzi wiele skojarzeń. Jest oczywiście to skojarzenie religijne, ale dziś, nowe czasy przynoszą nowe wyzwania, wiara oczywiście tak, jestem człowiekiem wiary, lecz bez ciemnoty, zabobonu, nienawiści, jaką reprezentują ci, którym nie podoba się wszystko, co osiągnął ten kraj. Kwestionują nasz sukces, unijną przynależność, dziedzictwo tego Mieszka, powiedzielibyśmy dziś, Mieszka Pierwszego. A chrzest kojarzy się właśnie z czymś pierwszym. Mówi się wręcz „chrzest bojowy”. Choćby na polowaniu, w tych pięknych okolicznościach, pierwszy zastrzelony zwierz, męska przygoda, postrzelony kolega, wódka i bigos, ten słynny polski bigos, zawsze obecny w naszej historii – to jest właśnie chrzest bojowy.

Przemówienia powinny być krótkie, zaś kiełbasy, w tym naszym polskim bigosie, jak najdłuższe. Tu postawię więc tę historyczną kropkę nad I i w ostatnim zdaniu przytoczę wiersz, który napisałem na dzisiejszą, tak ważną dla każdego z nas rocznicę.

„Ja to wiem, wiesz to Ty, chrzest był dobry, PiS jest zły”!


sobota, 18 marca 2017

,,The Revenant"





Polskiego czytelnika, lubującego się w powieściach traperskich, powinno ucieszyć wydanie z 2016 r. książki amerykańskiego pisarza i dyplomaty, Michaela Punke'a, pt. ,,The Revenant", opowiadającej o losach zemsty Hugha Glassa, myśliwego, opuszczonego w godzinie próby przez swych towarzyszy (atak niedźwiedzicy grizzly). Książeczka ta stanowi bodaj ostatnie udane nawiązanie do tradycji beletrystyki tego gatunku, ongiś bardzo popularnego. Kanwą do jej napisania stały się przygody autentycznej postaci Dzikiego Zachodu, Jima Bridgera oraz rzeczywistego Hugha Glassa (zabity w 1833 r. w potyczce z Indianami) – myśliwego, zwiadowcy i przewodnika po Górach Skalistych, jednego z bohaterów wojny z Arikarami. W trakcie tej wojny, w sierpniu 1823 r., zdarzyła się owa słynna walka Glasa z niedźwiedzicą. Mylnie uznano go wtedy za martwego i podstępnie obrabowano. Do rzeczonego epizodu nawiązuje przedstawiana w niniejszym wpisie okładka.

Tłem dla, napędzającego całą fabułę motywu zemsty, jest handel bobrzymi futrami na kapelusze.

Być może któryś z polskich wydawców byłby zainteresowany wydaniem takiej publikacji w naszym języku. Niestety, bardzo w to wątpię. Dziś sprzedaje się co innego...

czwartek, 16 lutego 2017

Uwagi dot. podziału łowiecko-administracyjnego południowo-zachodniej części kraju

W grudniu bieżącego roku obchodzić będziemy dwudziestolecie istnienia skodyfikowanego podziału polskich lasów na krainy łowieckie, a tym samym funkcjonowania oficjalnych ram geograficznych, spajających myśliwską brać w poszczególnych częściach kraju. Taki model jest, rzecz jasna, jako rozwiązanie samo w sobie, posunięciem trafnym zarówno z ekonomicznego punktu widzenia, jak i wzmacniania esprit d'équipe hubertowskich chorągwi w poszczególnych dzielnicach. Nie zwalnia to jednak z potrzeby zachowania krytycznego podejścia w stosunku do zakreślonych na mapach NRŁ granic tychże terenów. Jako skromny przyczynek do dyskusji, zwrócę uwagę na Polskę południowo-zachodnią.

Otóż nie znajduję jakiejkolwiek naukowej przesłanki, by tereny administrowane przez Opolską ORŁ włączać w obręb Sudeckiej Krainy Łowieckiej. Oczywiście, formalnie taki stan rzeczy utrzymuje się od dwóch dekad, nie ma on jednak wiele wspólnego z rzeczywistością fizjograficzną i ideą, przyświecającą powołaniu wyższej jednostki organizacyjno-przyrodniczej, która powinna zapewniać usprawnienie w kierowaniu gospodarką leśną, przy uwzględnieniu realiów siedliskowych, nie zaś komfortu pracowników ORŁ-ów.

Obwody na terenie Dyrekcji Opolskiej należy połączone z górnośląskimi, a być może nawet i z Wrocławską ORŁ, by utworzyć z nich Śląską Krainę Łowiecką, której granice rozciągałyby się od ujścia Bobru na północnym zachodzie po odcinek autostrady A4 Krzyżowa–Wrocław–Tychy na południu (wszystko na północ od tej szosy dla Śląskiej KŁ). Delimitację wschodniej granicy Śląskiej KŁ można by przeprowadzić z uwzględnieniem zachodniej granicy woj. Małopolskiego, a północną oprzeć mniej więcej o stosowny fragment przedwojennej granicy polsko-niemieckiej.

Mam pełną świadomość wynikłych z takiej reorganizacji trudności, początkowych kosztów finansowych i ogólnego zamieszania, tym niemniej zakreślone w ten sposób terytoria krain Sudeckiej i Śląskiej zawarłyby w swych ramach geograficznych obszary w miarę jednolite przyrodniczo, pośrednio wpływając też zapewne na zwiększoną specjalizację kół Sudetów i Przedgórza Sudeckiego, którą to zauważam od kilkunastu lat. W zwartych górzystych i podgórskich terenach powinno się wprowadzić szeroki plan reintrodukcji głuszca cietrzewia i jarząbka, a w dalszej kolejności także rysia (ponownie bytuje już w kilku punktach Izerów). Należałoby również rozwinąć na szeroką skalę hodowlę muflona, co jest przedsięwzięciem wykonalnym. Zakładam, że w zmodyfikowanych granicach, na terenie Sudeckiej KŁ samych tylko dzików pozyskiwałoby się w sezonie od 8000 do 12000, a zatem więcej niż w Małopolsce, a porównywalnie do Kielecczyzny.

SUMMARY
This text is a short form of criticism of an administrative division of hunting grounds in south-west part of Poland. In this year we celebrate 20. anniversaries of current division. 

wtorek, 14 lutego 2017

Nowy serial o Trockim

W Meksyku pod koniec stycznia br. rozpoczęto zdjęcia do serialu poświęconego ostatnim latom życia Trockiego. W założeniu ma się na ów obraz składać osiem odcinków. Jakkolwiek nie znoszę dzisiejszej kinematografii (rosyjska nie stanowi tu żadnego wyjątku), tym razem z zaciekawieniem poczekam na emisję. Obecnie data premiery nie jest jeszcze znana.

Żywię – zapewne naiwną – nadzieję, że nie otrzymamy trockistowsko-hipisowskiego materiału agitacyjnego, tylko w miarę interesujący film.

http://www.kinomania.ru/news/55353/

środa, 7 grudnia 2016

Basic bibliography about history of badgers digs

I want to add in this post some titles of books and articles necessary for historian of working terriers breeding in their homeland.

1. Dr John Caius, Of Englishe Dogges: The Diuersities, the Names, the Natures, and the Properties, London 1576, translated into English by Abraham Fleming. The work was originally published in Latin in 1570 as Johannes Caius, De Canibus Britannicis.

2. Captain Jocelyn Lucas, The Sealyham Terrier, T.H.Crumbie Ltd, Halford Street, Leister UK 1922, Badger Digging, p. 69.

3. Ernest Leal, The Badger, Penguin Books Ltd New Naturalist Monograph series 1948, Chapter XII, Badger Sets and Life Underground, p. 146-148

4. Colonel E. D. Malcolm C. B. of Poltalloch, The West Higland White Terrier Cassell's New Book of the Dog, by Robert Leighton assisted by eminent authorities on the various breeds published by The Waverley Book Co Ltd vol. III, chapter XLI, p. 391.

Also published in 2015 as The Historical Function of Terriers by Jane Harvey in the ,,Official publication of the Terrier Club of America" 2015, issue 2, p. 36-37.

piątek, 9 września 2016

Zychowicz i Semka w ,,Do Rzeczy" piszą o bolszewikach

Jakiś czas temu, będąc na zakupach w sklepie, przeczytałem sierpniowy nr ,,Historia Do Rzeczy". Dwie gwiazdki prawicowej publicystyki starały się po raz kolejny zaprezentować jako niezwykli erudyci: Zychowicz i Semka. Ten pierwszy pisze o tym, ,,co by było gdyby" bolszewicy wygrali pod Warszawą (ma tak tandetne pióro, że szkoda na to słów). Nie zamierzam wnikać w jego wiedzę na temat wczesnych dziejów Republiki Weimarskiej, boć sam nie mam o tym szczególnego pojęcia (snuje oczywiście wizję nieuniknionego powstania NRD o 30 lat wcześniej). Zauważyłem jednak, iż nie zdaje on sobie sprawy, że w 1920 r. Tuchaczewski nie był żadnym marszałkiem! Wydawałoby się, że poziom jego niewiedzy poznałem już wystarczająco dobrze, a ten ciągle człowieka zaskakuje. Ktoś zarzuci mi tzw. czepialstwo, będzie to wszakże chybione. Jeżeli Zychowicz chce uchodzić za jakiegoś nowego St. Cata-Mackiewicza (któremu, mimo desperackich starań w postaci pozowania przed audytorium ludzi ograniczonych, mógłby co najwyżej literacko i faktograficznie czyścić buty) i bezczelnie wytykać poważnym historykom ,,kłamstwa", jego działalność publicystyczna powinna podlegać szczególnej uwadze. Podobne przykłady ignorancji przywoływanego autora można mnożyć w nieskończoność.

Obok niewiedzy, notorycznie występuje w twórczości tego człowieka prymitywny, nachalny bełkot agitacyjny, mający za zadanie zagłuszyć nieuctwo. I tak w owym artykuliku, począwszy od okładki nru, epatuje on, odwołującym się z góry do emocji, określeniem ,,zdrajcy" wobec członków Polrewkomu. Jakkolwiek, rzecz jasna, daleki jestem od sympatyzowania z postawami tych ludzi, nie napisałbym o nich prawie sto lat po wydarzeniach jako o ,,zdrajcach". Zwyczajnie... żaden z nich nie był nigdy wcześniej obywatelem państwa polskiego, a i w sferze etnicznej ciężko u większości z nich byłoby się tej polskości doszukiwać. Średnio inteligentnemu historykowi nie trzeba takich oczywistości tłumaczyć. Zychowicz jednak albo nie potrafi tak prostej kwestii pojąć, albo powoduje nim czysto instrumentalny stosunek do nauki historycznej. O to drugie bym go jednak szczególnie nie podejrzewał. On po prostu jest tępy, nie potrafi wzbić się na poziom wyższych kombinacji myślowych niż gimnazjalno-korwinistyczno-onetowe modne hasełka o ,,złych komunistach, bohaterskich żołnierzach wyklętych i genialnym sojuszu Polski z Hitlerem".

Semka objaśnia czytelnikom, jaki to bohater był z gen. Rudolfa Gajdy, myląc przy tym armię czarnogórską z serbską, co jest szczególnie śmieszne z uwagi na mikroskopijną liczebność sił zbrojnych Montenegro. Przez tekst korpulentnego, nudnego i flegmatycznego chadeka przeziera podziw dla czeskiego nacjonalisty. Niestety, Semka nie informuje np. czytelników o rozkazach, jakie ów kondotier wydawał swym podkomendnym w 1918 r. ws. postępowania z ewentualnymi strajkami syberyjskich robotników. Ot, taka wolnorynkowa rzetelność w wykonywaniu podjętej pracy: nic nie wiedzieć, otworzyć polskojęzyczną Wikipedię i przepisać. Wierszówka poszła!

Na marginesie. Tenże Semka w latach 90. wyreżyserował głupawy film pseudodokumentalny o Wandei, gdzie szeroko rozwodzono się nad tym jak to ówczesne francuskie władze państwowe ,,utorowały drogę późniejszym zbrodniom hitlerowskim". ,,Dzieło" TVP wyemitowała, a tłusty pan reżyser wziął za swą robotę pieniądze.

Co się tyczy reszty nru, poziom podobny.